Skocz do zawartości
kacu

Recenzja gry Assassin's Creed Odyssey – zamach na tron Wiedźmina 3!

Rekomendowane odpowiedzi

Zrobiwszy udane przymiarki z AC Origins, Ubisoft posłał wszystkie swoje siły do boju z rozkazem: „Zróbcie mi pogromcę Wiedźmina 3!”. Ze starcia z polskim RPG Assassin’s Creed Odyssey nie wychodzi zwycięsko – ale i tak wraca z niego z tarczą.

„Ubisoft robi wszystko na jedno kopyto!” „Ich gry w ogóle się nie zmieniają!” „Nic, tylko odcinają kupony”. Są na sali osoby, którym zdarzyło się wypowiedzieć podobne słowa pod adresem francuskiego giganta? Oczywiście, że są, pełno ich w każdym zakątku internetu. Ubiegłoroczne Assassin’s Creed Origins było dobrą okazją, by zweryfikować poglądy i dać się przekonać, że nawet Ubisoft może zdobyć się na radykalne zmiany w sprawdzonej formule gry – ale na pewno wielu wciąż kręci nosem na politykę Francuzów. Teraz „narzegraczy” zdeterminowanych, by bronić swego przekonania o stagnacji panującej wśród gier tej firmy, czeka jeszcze jedna ciężka próba – Assassin’s Creed Odyssey jest kolejnym mocnym ciosem w uświęcone tradycje, na których dotąd wyrastały ubisoftowe gry.

Krótka piłka – Odyssey to już pełnoprawne RPG. Zwyczajnie i po prostu. A przynajmniej tak pełnoprawne, jak pełnoprawnym reprezentantem tego gatunku jest Wiedźmin 3. Począwszy od poziomu złożoności rozwoju postaci, przez model zarządzania ekwipunkiem, po stopień rozgałęzienia dialogów i fabularną głębię zadań – w każdym z tych obszarów Ubisoft starał się jak najwierniej podążyć ścieżką wytyczoną przez CD Projekt RED. Z jakim skutkiem – to już osobna kwestia, którą omówimy za moment. Największa różnica tkwi w rozłożeniu akcentów.

Wiedźmin 3 posłużył się otwartym światem jako tłem dla opowiedzenia angażującej historii. AC Odyssey, choć też ma fabułę, której wcale nie musi się wstydzić, pozostało wierne sandboksowym wzorcom – to piaskownica, w której główna linia fabularna jest tylko jedną z wielu aktywności do wyboru. Kojarzy się Wam to z czymś? Otóż to, nowy „Asasyn” okazuje się na pewnych płaszczyznach zaskakująco podobny do Skyrima – i Ubisoft wyszedłby na tym lepiej, gdyby od początku do końca czerpał z gry Bethesdy (zwłaszcza w zakresie swobody eksploracji), zamiast próbować robić jednocześnie i naśladowcę Wiedźmina 3, i RPG'owy sandbox totalny.

 

 

Najlepsze wakacje w Grecji ever

Skala tej gry jest absolutnie porażająca. Ubisoft zrekonstruował prawie cały obszar starożytnej Grecji – od Macedonii na północy po Kretę na południu, od Kefalonii na zachodzie po Samos na wschodzie. Oczywiście wszystko jest odpowiednio przeskalowane, ale i tak zostajemy rzuceni na gigantyczny obszar, zapełniony niezliczonymi miastami, wioskami, świątyniami, ruinami, fortami, portami i innymi lokacjami, między którymi podróżujemy pieszo, konno lub na statku. Oczywiście w każdym z tych miejsc jest coś do roboty. Grecy chętnie zlecają bohaterowi (lub bohaterce – na początku przygody wybieramy jedną z dwojga grywalnych postaci) zadania poboczne, na tablicach ogłoszeń zawsze wiszą jakieś małe sprawy do załatwienia, a każda odkryta atrakcja kusi skarbami (nierzadko strzeżonymi) do zdobycia.

Co tu dużo mówić – w pierwszych godzinach AC Odyssey jest jednym z najlepszych eksploracyjnych doświadczeń, z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia w grach. Rzecz jasna duża w tym zasługa samej Grecji. Ubisoft wykonał tytaniczną pracę, budując z pietyzmem ten bezkres starożytnego świata i przesycając go jedyną w swoim rodzaju atmosferą. Na każdym kroku widać, że deweloper poprzedził tworzenie gry tygodniami studiów historycznych, by umieścić na mapie autentyczne miejsca i zaludnić ją prawdziwymi postaciami, nie zapominając przy tym o wszystkich zjawiskach charakterystycznych dla cywilizacji sprzed prawie dwóch i pół tysiąca lat (choć pewne rzeczy zostały oczywiście nagięte do konwencji opowieści o asasynach i templariuszach). A jaka towarzyszy temu wszystkiemu muzyka! Jakie widoki! Doprawdy, biuro podróży Ubisoft znowu pozamiatało.

25jfs6t.jpg

 

Zwiedzanie starożytnej Grecji jest tym bardziej wciągające, że różne elementy gry wzajemnie się przenikają w trakcie eksploracji. Oto przykład. Otrzymawszy od buntowników list z prośbą o pomoc, płyniesz na wyspę Mykonos. W toku wykonywania lokalnych zadań dowiadujesz się, że władzę, przeciw której występują rebelianci, sprawuje czciciel – jeden z kilkudziesięciu członków kultu Kosmosa (to kolebka późniejszego Zakonu), których eliminowanie jest jedną z głównych aktywności w Odysei, a także sposobem na odblokowywanie coraz potężniejszych umiejętności postaci.

Przy okazji, plądrując forty, zabijając żołnierzy i niszcząc zapasy, obniżasz siłę regionu, przygotowując go na podbój, tj. spektakularną bitwę, po której Sparta odbierze Atenom kontrolę nad tym terenem (akcja gry toczy się w trakcie wojny peloponeskiej). Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze najemnicy. My sami wcielamy się w jednego z nich i powoli awansujemy w ich hierarchii, a jednocześnie jej członkowie polują na nas, jeśli władze wyznaczą cenę za naszą głowę. Im więcej przestępstw popełnimy (kradzieży lub zabójstw), tym bardziej zawzięte będą łowy na naszego bohatera. Słowem, trudno narzekać na nudę.

 

Gatunkowe wady genetyczne

Poprawka: trudno narzekać na nudę przez pierwsze 25 godzin (lub dłużej, jeśli dawkuje się sobie grę w rozsądnych, małych porcjach). Potem w oczy zaczyna kłuć powtarzalność – zarówno w odniesieniu do lokacji, jak i zadań. Tym pierwszym pomogłoby zawarcie w nich bardziej urozmaiconych atrakcji, zwłaszcza fabularnych. Można by też troszkę ponarzekać na krajobrazy, ale w tym już nie ma zbyt wiele winy Ubisoftu – po prostu Grecja z V wieku p.n.e. nie jest tak zróżnicowana jak multikulturowy hellenistyczny Egipt z AC Origins, również pod względem geograficznym nie ma w niej takich kontrastów jak w delcie Nilu i okolicach. Gorzej z zadaniami. Gdyby to wciąż był „zaledwie” sandboks z kategorii gier akcji, nie miałbym większego problemu z tym, że gros wyzwań sprowadza się do zabijania wskazanych ludzi (względnie zatapiania wskazanych statków), wkradania się do strzeżonych placówek czy po prostu biegania na posyłki. Jednak od RPG oczekuję czegoś więcej.

 

To nie jest Black Flag 2

Warto zauważyć, że Odyssey dość szybko obala twierdzenie, iż jest to Black Flag w starożytnej Grecji. Paradoksalnie 90% czasu spędza się tutaj na lądzie, a gra nie zachęca do eliminowania wrogich statków w fabule – większość tego typu zadań to typowe nieobowiązkowe wypełniacze czasu. Autorzy ewidentnie zmarginalizowali moduł morski, bo zdawali sobie sprawę, że ma on w sumie niewiele do zaoferowania. Walka za pomocą łuków i oszczepów to trochę za mało, żeby zdeklasować kapitalne bitwy z użyciem armat i moździerzy w „czwórce”, razi też niewielka liczba typów okrętów do zatopienia.

10ogrup.jpg

 

No właśnie, jak to jest z tą „rolplejowością” AC Odyssey? Jak wspomniałem, Ubisoft próbował wzorować się na Wiedźminie 3 w kwestii dialogów czy wyborów – ale nie do końca zrozumiał, na czym polega esencja stojąca za erpegową formą. Gra chętnie częstuje nas alternatywnymi kwestiami w rozmowach, jednak wpływ różnych wyborów na cokolwiek okazuje się zazwyczaj znikomy.

W gruncie rzeczy większość zadań jest zbudowana zupełnie liniowo. Na przykład ustala się, że gracz najpierw zdobędzie lekarstwo dla ojca Odessy, następnie obroni ją przed atakiem najemników i przeszuka dom zarządcy (oczywiście strzeżony), by zdobyć pewne dowody, zaś na koniec w nagrodę kobieta dołączy do załogi naszego statku. Po drodze teoretycznie są jakieś rozwidlenia: lekarstwo da się kupić lub ukraść, a dowody można uznać za obciążające zarządcę lub Odessę. Jednak zadania nie sposób ani poprowadzić inną ścieżką, ani zepsuć – nawet zasypana oskarżeniami zleceniodawczyni i tak się do nas przyłączy... a na dodatek chwilę przedtem beztrosko pójdzie do łóżka z protagonist(k)ą. Niby istnieją też ambitniejsze misje, w których występują jakieś faktyczne rozwidlenia (np. elegancko poprowadzona minikampania na Mykonos), ale są to jednostkowe przypadki, zakopane w stosie linearnej drobnicy.

vcqqe.jpg

 


Szkoła studia Piranha Bytes

Gwoli ścisłości – w zadaniach brakuje alternatywnych rozwiązań, ale część z nich da się przynajmniej wykonać na skróty i/lub zacząć od środka. Pierwszym etapem nie musi być zawsze rozmowa ze zleceniodawcą. Np. poszukiwania włóczni należącej do herosa Kefalosa można równie dobrze rozpocząć od końca, jeśli tylko gracz postanowi wcześniej zwiedzić odpowiednią jaskinię i zajrzeć do odpowiedniej skrzyni. Takie rozwiązanie potęguje przyjemność czerpaną ze swobodnej eksploracji i bardzo się deweloperowi chwali. Poza tym twórcy mieli sporo ciekawych pomysłów na zadania, więc chce się je wykonywać, nawet jeśli od strony mechaniki zostały zaprojektowane trochę na jedno kopyto.

Zresztą już sam fakt wybierania kwestii w dialogach stanowi zaletę, która stawia misje poboczne wysoko ponad tymi z AC Origins. O wiele ciekawiej śledzi się konwersację, w której trzeba co parę zdań coś kliknąć, niż nieinteraktywne pogaduszki statycznych kukieł z Egiptu – zwłaszcza że Ubisoft zadbał o wyeliminowanie również owej statyczności. W Odysei uczestnicy każdej rozmowy robią użytek z bogatej mimiki i szerokiego wachlarza gestów – emocje już nie zawierają się tylko w głosach i słowach, ale są też wypisane na twarzach i widoczne w ruchach postaci (przynajmniej tych ważniejszych). Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że na ten moment żadna gra RPG nie ma ładniej animowanych dialogów niż Odyssey (co oczywiście nie oznacza, że nie dałoby się poprawić tego i owego).

6sszmw.jpg


Wybieralne opcje dialogowe i animacje to również istotne powody, dla których Aleksios i Kassandra wypadają lepiej jako protagoniści niż Bayek z Siwy. Łatwiej się z nimi zżyć, kiedy w ich imieniu wygłaszamy opinie na różne tematy (nierzadko prywatne) i na każdym kroku – a nie tylko w co staranniej wyreżyserowanych cut-scenkach – obserwujemy, jak targają nimi przeróżne uczucia. Poza tym są po prostu sympatyczni i obdarzeni nienatrętnym poczuciem humoru, a przy tym żywiołowi i charakterni. A dlaczego mówię o nich obojgu tak, jakby byli jedną i tą samą postacią? Bo takie niestety można odnieść wrażenie – wybór płci to kwestia czysto kosmetyczna, nie ma istotnego wpływu na przebieg ani fabuły, ani nawet poszczególnych rozmów.

 

Spartańska telenowela

Jeszcze jednym powodem, dla którego łatwiej przywiązać się do Aleksiosa/Kassandry niż do Bayeka, jest sama fabuła. Tym razem Ubisoft postawił na osobistą opowieść o rodzinie (i znów chciałoby się powiedzieć: wzorem Wiedźmina 3). Nie będę zdradzać Wam szczegółów, powiem tylko tyle, że są tu wątki takie jak poszukiwanie zaginionych krewnych czy odkrywanie tajemnego dziedzictwa swego rodu – ten ostatni temat to przy okazji spoiwo, które łączy Odyseję z pozostałymi odsłonami serii Assassin’s Creed. Jako pewnego rodzaju innowację można potraktować fakt, iż motoru napędowego głównej linii historii nie stanowi już zabijanie (proto)templariuszy – choć oczywiście wciąż jest obecne w grze i pełni istotną funkcję (i to z większą liczbą celów do wyeliminowania niż kiedykolwiek wcześniej).

a1tnw6.jpg

I jakkolwiek w fabule nie brakuje ani interesujących postaci – zwłaszcza historycznych – ani emocjonujących momentów, dzięki którym wciąż chce się śledzić perypetie Aleksiosa/Kassandry, to niestety sposób poprowadzenia opowieści czasami woła o pomstę do nieba. Mógłbym postawić tezę, że na każde jedno wnoszące coś do tematu, interesujące zadanie w głównym wątku przypadają ze dwa takie, które nie są niczym więcej niż zapchajdziurami. Co gorsza, często są to zapchajdziury podsuwane graczowi pod byle pretekstem, niemające żadnego sensownego uzasadnienia.

Dobrego wrażenia nie robią też znaczące fabularne wybory – bo jest ich tu jak na lekarstwo. Stajemy przed jednym na początku przygody, potem zaś gra skąpi nam trudniejszych dylematów w zasadzie aż do końcowych rozdziałów opowieści. Zresztą już ta pierwsza decyzja – dotycząca zabicia lub oszczędzenia pewnej osoby – nastraja negatywnie, bo na konsekwencje trzeba czekać kilkadziesiąt godzin... a przedtem przez całą kampanię gra albo prześlizguje się po temacie wymijającymi, „uniwersalnymi” sformułowaniami, albo gubi się w tym, co właściwie miało miejsce (ja raz po raz dowiadywałem się, że uśmierciłem tego człowieka, choć w istocie darowałem mu życie). Dopiero w epilogu wybory zaczynają coś znaczyć... a i tak samo zakończenie rodzinnej sagi Aleksiosa/Kassandry okazuje się płytkie i mało sycące. „Prawdziwy” finał następuje dopiero wtedy, gdy rozprawimy się z endgame’owymi aktywnościami.

 

Wyścig o poziomy

vet468.jpg

No i jest jeszcze sprawa grindu. W Odysei prowadzimy nieustanny wyścig z poziomami zadań głównych. Nie da się rozwijać opowieści, nie inwestując czasu w choć trochę dodatkowych aktywności, gdyż mierzenie się z przeciwnikami stojącymi 3–4 poziomy wyżej zwykle kończy się tragicznie. Niby jest to zjawisko powszechne w gatunku RPG – ale tutaj Ubisoft po prostu przesadził. Jeszcze w AC Origins problem był o tyle nieduży, że na każdym kroku mieliśmy spory wybór porządnych misji pobocznych. W Odyssey liczba tych zadań znacznie zmalała, a ich miejsce poniekąd zajęły zlecenia z tablic ogłoszeń – czyli generowany losowo chłam, który odnawia się codziennie. I czasem trzeba się do tego chłamu zniżać, żeby być w stanie ruszyć dalej z fabułą. Albo to, albo równie żmudne zaliczanie kolejnych podbojów, fortów, czcicieli, najemników... tudzież po prostu ucieczka w mikropłatności. Nie powiem, momentami kusiły.

286qujn.jpg

 


Z tarczą, mimo że bez tarczy

W tym momencie Wasze wyobrażenie o Odysei może być miażdżąco krytyczne, ale trzeba pamiętać o jej zaletach – a gra ma jeszcze kilka dużych atutów, o których nie opowiedziałem. Po pierwsze, zbieractwo rzeczy. Teraz wymieniamy zarówno broń, jak i elementy pancerza – i jest to tak samo absorbujące jak w najlepszych hack’n’slashach. Ciągle potykamy się o kolejne przedmioty, ciągle odkrywamy nowe efekty, ciągle porównujemy statystyki, głowimy się nad tym, czy wolimy premię do obrażeń, czy do zdrowia, i cieszymy oczy, wyposażając protagonist(k)ę w coraz bardziej efektowny rynsztunek. Nie brakuje też epickich i legendarnych artefaktów, które z rozsądną częstotliwością wpadają w nasze ręce. Jako człowiek, który uwielbia takie zabawy w inwentarzu, powiadam Wam: jest miód. A kto nie lubi żonglować przedmiotami, może po prostu raz po raz ulepszać już posiadane wyposażenie u dowolnego kowala.

Druga istotna zaleta Odyssey to walka, która w ogólnym zarysie bazuje na systemie opracowanym na potrzeby Origins, ale doczekała się wielu usprawnień. Starcia stały się nieco wolniejsze i dzięki temu mniej chaotyczne, sterowanie jest bardziej intuicyjne i precyzyjne, a do tego wszystko lepiej wygląda i w większym stopniu nagradza zmysł taktyczny. Naczelnym przykładem jest zmiana w parowaniu ataków: teraz, zamiast przez cały czas biegać i chować się za tarczą (co ciekawe, w ogóle nie można używać tego rodzaju rynsztunku), zasłaniamy się tylko na chwilę, więc musimy dobrze wymierzyć każdy blok – albo polegać na odskokach i przewrotach. Dobrym pomysłem była też zmiana działania adrenaliny – ładujemy ją atakami, blokami i unikami, by następnie korzystać dzięki niej z rozmaitych specjalnych zdolności, jak chociażby słynny spartański kopniak. Krótko mówiąc, walki są bardzo przyjemne... ale toczymy je trochę za często i ostatecznie one również po kilkudziesięciu godzinach zaczynają nużyć.

 

Ani to Splinter Cell, ani Black Flag

Większe zmiany nie objęły skradania się. To wciąż prosta, ale sprawna mechanika, która sprowadza się głównie do krycia się w krzakach, zwabiania strażników gwizdem i mordowania ich jednego po drugim. Chociaż z tym mordowaniem też bywa różnie, bo przeciwnicy częściej niż w Origins okazują się zbyt twardzi, by pozbawić ich życia jednym atakiem – co trochę zniechęca do grania jako skrytobójca i skłania do wyrzynania wszystkich w pień w otwartym konflikcie (wspomniane ulepszenia systemu walki także mają na to wpływ). Poza tym sztuczna inteligencja nadal jest mało rozgarnięta – strażników cechuje wąskie pole widzenia, a gdy zostaną zaalarmowani, nie są w stanie zajrzeć w krzaki, w których chowamy się dwa metry od nich.

2qak50p.jpg

Na koniec zostaje jeszcze omówienie rozgrywki morskiej – na koniec, bo i rola statków w grze ostatecznie okazuje się dość marginalna. Zdecydowanie nie jest to pełnoprawny spadkobierca Black Flaga. Gros czasu spędzamy na lądzie; statek służy nam w zasadzie głównie do tego, by dostawać się na wyspy, których jeszcze nie odkryliśmy – potem praktyczniej jest korzystać z systemu szybkiej podróży niż żeglować znów po tych samych wodach (chyba że kogoś bardzo pociąga klimat morskiej przygody). Mimo to Ubisoft zadbał o całkiem rozbudowaną mechanikę zarządzania statkiem, w ramach której ulepszamy różne jego parametry, personalizujemy wygląd i werbujemy ludzi do załogi (każda postać zapewnia określone premie). Bitwy na wodzie nie odbiegają od tych z Origins – są niezbyt realistyczne oraz niezbyt skomplikowane i w małych dawkach potrafią sprawiać frajdę.

 

Odyseja godna Homera?

Podsumujmy. Odyssey to bez dwóch zdań największy z dotychczasowych Asasynów – a przy tym jeden z lepszych – ale transformacja sandboksowej gry akcji w sandboksowe RPG wyszła Ubisoftowi średnio. Francuzi mają już doskonały klimat, monumentalny świat i dopieszczoną mechanikę, jednak muszą jeszcze popracować nad przemyślaną narracją i znaczącymi wyborami moralnymi, zanim zbliżą się do tego, co prezentuje Wiedźmin 3. Udało im się natomiast przygotować interesującą alternatywę dla Skyrima. To gigantyczna gra, którą będzie można cieszyć się miesiącami, wracając po kilkugodzinną przygodę raz na jakiś czas – zwłaszcza że twórcy zamierzają z rozmachem wspierać Odyseję po premierze, długo i regularnie dostarczając nowe atrakcje (w dużej mierze bezpłatne). Szkoda tylko, że nie podążyli za Bethesdą w kwestii swobody eksploracji świata, stawiając na sztuczny i męczący podział na poziomy.

I chociaż sam nie jestem do końca zadowolony z tego, czym w ostatecznym rozrachunku okazało się AC Odyssey – jest „jedynie” bardzo dobrą grą, a miało zadatki na znacznie więcej – to mam nadzieję, że Ubisoft aktualizacjami skoryguje chociaż część wad swego dzieła i ostatecznie odniesie sukces. Jeśli tak się stanie, pozostanie tylko czekać, aż inni deweloperzy pójdą w jego ślady i zaczną zmieniać swoje „zwykłe” sandboksy w gry RPG z interaktywnymi dialogami, moralnymi dylematami etc. Uważam, że oddanie kształtowania fabuł w ręce graczy powinno stać się nowym standardem w branży – i projekty takie jak Assassin’s Creed Odyssey, poprzedzone przez hity pokroju wielokrotnie tutaj wspominanego Wiedźmina 3 czy – w mniejszym stopniu – Horizon Zero Dawn, przybliżają nas do nadejścia tej nowej ery. Zatem powodzenia na szlaku, Ubisofcie!

 

 

 

 

źródło: klik








 


 

 




 


 


 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Akurat wczoraj zamówiłem Assasina, nie mogę się doczekać :D. Jedna z moich ulubionych gier. Co do recenzji - bardzo fajnie zrobiona. Estetyczna, miła dla oka i ciekawa treść. Oby tak dalej! :) 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Właśnie zastanawiam się czy zamawiać, ktoś już grał i może coś powiedzieć na temat gierki? :) 

Napisane przez kacu, .

Będę miał jutro albo w poniedziałek, podobno kosa. :)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Dnia 6.10.2018 o 20:44, broda napisał:

Właśnie zastanawiam się czy zamawiać, ktoś już grał i może coś powiedzieć na temat gierki? :) 

Wczoraj mi przyszła i jest świetna. Coraz mniej przypomina assasina, ogromny świat, historyczne miejsca, postacie, ciekawa fabuła. Grafika też jest dość ładna, w sumie jak w większości grach od ubisoftu. 

Jeżeli masz możliwość kup grę na konsolę, z tego co słyszałem od znajomych na komputerze nawet przy jednej z nowszych kart graficznych nie osiąga 60fps, ja osobiście mam tego AC na PS4. :D 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Nie jestem zwolennikiem konsol, wole PC i już grałem. :) Na ustawieniach ultra miałem średnio 35 fps. na wysokich mam średnio 50, gierka chodzi płynnie a widoki są piękne. :)

wspinałem się zeusowi po chuju XDD 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
26 minut temu, broda napisał:

Nie jestem zwolennikiem konsol, wole PC i już grałem. :) Na ustawieniach ultra miałem średnio 35 fps. na wysokich mam średnio 50, gierka chodzi płynnie a widoki są piękne. :)

wspinałem się zeusowi po chuju XDD 

broda i jego fantazje :D przy takiej recenzji to tylko kupować i grać

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników, przeglądających tę stronę.

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.